my oh my

29 lipiec 2008

9 godzin w pracy, w kurzu i z opieprzem za fioletowe kabaretki, po wczorajszym dniu wypełnionym słońcem i trzcinami było niestrawne. Na Wyspie jest gorąco. Codziennie świeci słońce, wieczory są duszne, chodniki parują, nad torami drży powietrze, pociągi nie zatrzymują się na stacjach, a Anglicy jak gdyby nigdy nic, jak jeden mąż ubrani wszyscy na biało od stóp do głów, grają w krykieta w niedzielne popołudnie w Attenborough, Nottinghamshire. Nareszcie w posiadaniu i w lekturze autobiografii Johnny’ego Casha. Wiele nowych płyt, i zero czasu by ich posłuchać. Udało mi się raz z Sharleen, na szczęście. Na swoją kolej czekają M83, Hope of the States, Amy MacDonald, Of Montreal i Seth Lakeman. Tego mamy szanse usłyszeć na żywo za miesiąc w Birmingham, jak dobrze się plany ułożą. Ale nic to, wobec niespodziewanego spełniania nierealnych-w-trakcie-wyklucia marzeń: za tydzień podróż na jedną w dwóch wysp, które wydają mi się lądem obiecanym: Anglesey. Fakt, że wyprawa jest na festiwal wikingów już jakoś mi umyka wobec samego faktu podróżowania do Walii, na TO Anglesey. To na którym wszędzie jest niebotycznie daleko, są klify, latarnie, zamki, chaty kryte strzechą i wszystko jest niedowymówienia. No bo jak mam na głos powiedzieć, że jadę do Amlwch? Nocleg w schowku na szczotki dopełnia smaku tej wyprawy. I zanurzę stopy w Morzu Irlandzkim, jakkolwiek lodowate ono nie będzie.

Staram się nie analizować swoich emocji dotyczących innych, bo czuję się jak durny kociak bawiący się kłębkiem włóczki. Jak się zaplączę to koniec. Ale takie ślizganie na powierzchni też za dobrze mi nie idzie. Milena sugeruje szybką konfrontację, żeby mieć to już za sobą, im szybciej się okaże czy stoimy na mocnym gruncie czy balansujemy nad kanionem, tym zdrowiej. Ale jak tu sie skonfrontować przez gadu-gadu??? Distance makes the heart grow sick.

Bon Jon, kremowe frappucino z karmelem, pytanie czy istnieje ktoś prawdziwy z takim poczuciem humoru jak Harry Burns, relaksująca partyjka bilarda, i ten uścisk dłoni na koniec wczorajszej żenującej gry, jak poziomka na czubku bitej śmietany. I jakiś taki niepokojąco przyjemny dreszcz oczekiwania, że następnym razem w Portland Arms, znowu zagramy dublami. Albo choć.

Nie znoszę tej piosenki, a wciąż mi się wkręca ten wers i nucę: yeah, intelligent input, darlin’, why don’t you just have another beer then?

Na dziś przed snem

double bacardi lemonade

25 lipiec 2008

There’s a limit to your love
Like a waterfall in slow motion
Like a map with no ocean
There’s a limit to your love

There’s a limit to you care
So carelessly there
Is it truth or dare
There’s a limit to your care

I love I love I love
This dream of going upstream
I love I love I love
The trouble that you give me
I know I know I know
That only I can save me
I’ll go I’ll go I’ll go
Right down the road

Naprawiony dzwon ratusza informuje co kwadrans wszystkie strony świata, że czas niemiłosiernie szybko upływa. Robi to ze zdwojoną mocą teraz, nie wiadomo dlaczego. Karmi moją insomnię biciem do poranka. Przemeblowanie pokoju umożliwiło wykonanie prawie żaluzji z otwartego skrzydła drzwi szafy, co także świadczy o dużo lepszym niż poprzednio fengszua. Przynajmniej mogę uniknąć tego okropnego bezkoloru nieba gdy noc znika a dnia jeszcze nie ma.

Tym razem pamiętam o imieninach, choć nie wiem czy ma to naprawdę jakieś znaczenie, albo wagę. Popadam w paranoję, czuję jak koślawe i niestabilne są podwaliny tego domku z kart o nazwie “za rok”, widzę jak na ścianach pokazują się malutkie pęknięcia i regularnie wędrują w głąb pomieszczeń, wypełnionych chyba tylko zdjęciami z tysiąca pubów, a i tak jest tak ich mało, tych zdjęć. Pożyczona sukienka koktajlowa i koturny-mordercy czekają teraz tylko na wrzesień i znowu będzie trochę zdjęć – zastanawiam się czy jak ponaklejam je na ściany, to coś się zmieni. Popadam w paranoję, myśląc, że Tusia dosłownie zaraz wyjedzie, zniknie, i nie będzie już tego tusinowego spokoju dookoła, tej sarenkowej aury uroczego absurdu i zdrowego, lekko neurotycznego rozsądku.. Mam wrażenie, że zupełnie się zgubię, jak ona zniknie w głupim samolocie.

I tak nie mogę się pozbyć nieznośnego uczucia, które dobrze zna Ryszard, alone with everybody.

… kolejne małe przemeblowanie. lubię zmiany. jeszcze muszę się trochę nauczyć, żeby urządzić się na nowo, po swojemu, szuflady wypadają z zawiasów, odkurzacz się zepsuł, ale to nie ma większego znaczenia. teraz trochę minimalizmu. Mimo iż nadal w głowie tkwi mi niecny plan wyklejenia wszystkich ścian jak w pokoju zaciążonej Ellen Page, i nadal wytrwale kolekcjonuję ulotki z klubów, sklepów muzycznych i innych dziwnych miejsc.

Byłam dziś na koncercie A.J. Roach’a i The Strange Pilgrims, których wyprzedziła Elizabeth Cook. I znowu obudziły się we mnie te wszystkie dziko-zachodnie tęsknoty za koszulą w kratkę, kowbojskimi zamszakami do połowy łydki, szerokim samochodzie bez dachu i amerykańskim śniadaniu w przymotelowym dinerze.. Elizabeth  – piękna blondynka z zabójczym akcentem z Tennessee, z twarzy i uśmiechu bardzo przypominająca mi moją koleżankę Sylwię, przy akompaniamencie niejakiego Tima na gitarze elektrycznej, przeniosła malutkie The Maze gdzieś w rejony Arizony.. jej brzmienie natychmiast przywołało Reese Whiterspoon i jej zabójcze wcielenie w June Carter – to były dokładnie takie same klimaty, raz kobiece ballady o życiu kury domowej która nadal chce być girlfriend for tonight plus rockabilly country i stepowanie w białych butach.. Pan AJ za to, w kamizelce a’la arras wawelski, swoim image’m i nieskazitelnym ego przypominał mi wypełnionego pasją i wiarą młodego pastora z początku XX wieku w małym amerykańskim  miasteczku, gdzie właśnie zaczyna się budowa kolei.. i jego fryzura i okularki pięknie dopełniały tej wizji. I jego głos przede wszystkim. Pan nie musiał stać przy mikrofonie, zeby było go słychać.. niesamowita siła głosu, przepiękne skrzypce Alise i banjo za napisem: this banjo kills kittens:

pięknie było i bez żenady przyznaję, że uwielbiam bluegrass i country..