each day a brand new vein
23 lipiec 2008
… kolejne małe przemeblowanie. lubię zmiany. jeszcze muszę się trochę nauczyć, żeby urządzić się na nowo, po swojemu, szuflady wypadają z zawiasów, odkurzacz się zepsuł, ale to nie ma większego znaczenia. teraz trochę minimalizmu. Mimo iż nadal w głowie tkwi mi niecny plan wyklejenia wszystkich ścian jak w pokoju zaciążonej Ellen Page, i nadal wytrwale kolekcjonuję ulotki z klubów, sklepów muzycznych i innych dziwnych miejsc.
Byłam dziś na koncercie A.J. Roach’a i The Strange Pilgrims, których wyprzedziła Elizabeth Cook. I znowu obudziły się we mnie te wszystkie dziko-zachodnie tęsknoty za koszulą w kratkę, kowbojskimi zamszakami do połowy łydki, szerokim samochodzie bez dachu i amerykańskim śniadaniu w przymotelowym dinerze.. Elizabeth – piękna blondynka z zabójczym akcentem z Tennessee, z twarzy i uśmiechu bardzo przypominająca mi moją koleżankę Sylwię, przy akompaniamencie niejakiego Tima na gitarze elektrycznej, przeniosła malutkie The Maze gdzieś w rejony Arizony.. jej brzmienie natychmiast przywołało Reese Whiterspoon i jej zabójcze wcielenie w June Carter – to były dokładnie takie same klimaty, raz kobiece ballady o życiu kury domowej która nadal chce być girlfriend for tonight plus rockabilly country i stepowanie w białych butach.. Pan AJ za to, w kamizelce a’la arras wawelski, swoim image’m i nieskazitelnym ego przypominał mi wypełnionego pasją i wiarą młodego pastora z początku XX wieku w małym amerykańskim miasteczku, gdzie właśnie zaczyna się budowa kolei.. i jego fryzura i okularki pięknie dopełniały tej wizji. I jego głos przede wszystkim. Pan nie musiał stać przy mikrofonie, zeby było go słychać.. niesamowita siła głosu, przepiękne skrzypce Alise i banjo za napisem: this banjo kills kittens:

pięknie było i bez żenady przyznaję, że uwielbiam bluegrass i country..