There’s a limit to your love
Like a waterfall in slow motion
Like a map with no ocean
There’s a limit to your loveThere’s a limit to you care
So carelessly there
Is it truth or dare
There’s a limit to your careI love I love I love
This dream of going upstream
I love I love I love
The trouble that you give me
I know I know I know
That only I can save me
I’ll go I’ll go I’ll go
Right down the road
Naprawiony dzwon ratusza informuje co kwadrans wszystkie strony świata, że czas niemiłosiernie szybko upływa. Robi to ze zdwojoną mocą teraz, nie wiadomo dlaczego. Karmi moją insomnię biciem do poranka. Przemeblowanie pokoju umożliwiło wykonanie prawie żaluzji z otwartego skrzydła drzwi szafy, co także świadczy o dużo lepszym niż poprzednio fengszua. Przynajmniej mogę uniknąć tego okropnego bezkoloru nieba gdy noc znika a dnia jeszcze nie ma.
Tym razem pamiętam o imieninach, choć nie wiem czy ma to naprawdę jakieś znaczenie, albo wagę. Popadam w paranoję, czuję jak koślawe i niestabilne są podwaliny tego domku z kart o nazwie “za rok”, widzę jak na ścianach pokazują się malutkie pęknięcia i regularnie wędrują w głąb pomieszczeń, wypełnionych chyba tylko zdjęciami z tysiąca pubów, a i tak jest tak ich mało, tych zdjęć. Pożyczona sukienka koktajlowa i koturny-mordercy czekają teraz tylko na wrzesień i znowu będzie trochę zdjęć – zastanawiam się czy jak ponaklejam je na ściany, to coś się zmieni. Popadam w paranoję, myśląc, że Tusia dosłownie zaraz wyjedzie, zniknie, i nie będzie już tego tusinowego spokoju dookoła, tej sarenkowej aury uroczego absurdu i zdrowego, lekko neurotycznego rozsądku.. Mam wrażenie, że zupełnie się zgubię, jak ona zniknie w głupim samolocie.
I tak nie mogę się pozbyć nieznośnego uczucia, które dobrze zna Ryszard, alone with everybody.

No comments yet
RSS dla komentarzy tego wpisu