9 godzin w pracy, w kurzu i z opieprzem za fioletowe kabaretki, po wczorajszym dniu wypełnionym słońcem i trzcinami było niestrawne. Na Wyspie jest gorąco. Codziennie świeci słońce, wieczory są duszne, chodniki parują, nad torami drży powietrze, pociągi nie zatrzymują się na stacjach, a Anglicy jak gdyby nigdy nic, jak jeden mąż ubrani wszyscy na biało od stóp do głów, grają w krykieta w niedzielne popołudnie w Attenborough, Nottinghamshire. Nareszcie w posiadaniu i w lekturze autobiografii Johnny’ego Casha. Wiele nowych płyt, i zero czasu by ich posłuchać. Udało mi się raz z Sharleen, na szczęście. Na swoją kolej czekają M83, Hope of the States, Amy MacDonald, Of Montreal i Seth Lakeman. Tego mamy szanse usłyszeć na żywo za miesiąc w Birmingham, jak dobrze się plany ułożą. Ale nic to, wobec niespodziewanego spełniania nierealnych-w-trakcie-wyklucia marzeń: za tydzień podróż na jedną w dwóch wysp, które wydają mi się lądem obiecanym: Anglesey. Fakt, że wyprawa jest na festiwal wikingów już jakoś mi umyka wobec samego faktu podróżowania do Walii, na TO Anglesey. To na którym wszędzie jest niebotycznie daleko, są klify, latarnie, zamki, chaty kryte strzechą i wszystko jest niedowymówienia. No bo jak mam na głos powiedzieć, że jadę do Amlwch? Nocleg w schowku na szczotki dopełnia smaku tej wyprawy. I zanurzę stopy w Morzu Irlandzkim, jakkolwiek lodowate ono nie będzie.

Staram się nie analizować swoich emocji dotyczących innych, bo czuję się jak durny kociak bawiący się kłębkiem włóczki. Jak się zaplączę to koniec. Ale takie ślizganie na powierzchni też za dobrze mi nie idzie. Milena sugeruje szybką konfrontację, żeby mieć to już za sobą, im szybciej się okaże czy stoimy na mocnym gruncie czy balansujemy nad kanionem, tym zdrowiej. Ale jak tu sie skonfrontować przez gadu-gadu??? Distance makes the heart grow sick.

Bon Jon, kremowe frappucino z karmelem, pytanie czy istnieje ktoś prawdziwy z takim poczuciem humoru jak Harry Burns, relaksująca partyjka bilarda, i ten uścisk dłoni na koniec wczorajszej żenującej gry, jak poziomka na czubku bitej śmietany. I jakiś taki niepokojąco przyjemny dreszcz oczekiwania, że następnym razem w Portland Arms, znowu zagramy dublami. Albo choć.

Nie znoszę tej piosenki, a wciąż mi się wkręca ten wers i nucę: yeah, intelligent input, darlin’, why don’t you just have another beer then?

Na dziś przed snem