love is noise

13 sierpień 2008

ostatnio praca mnie dobija i doprowadza do totalnej frustracji. a jest tylko środkiem na utrzymanie się.

niestety, nawet fakt że już mam prawie biznesplan, nie zmieni tej prozaicznej rzeczywistości. ale tu nie o tym, bo nie można się tak denerwować przed snem.

Ryszardo, patron jakby nie było tego bloga,  wrócił z kolegami i hail to them. Ich miłość pięknie hałasuje, i po pierwszym sceptycyźmie czuję, że to ta melodia nie da mi teraz spokoju na jakiś dobry czas. nowa płyta – podobno – to nie nowe Urban Hymns, ale kto by wymagał powtórki arcydzieła? Znowu to przyjemne uczucie mrowienia na myśl o kupieniu świeżutkiej płyty.

majorka potwierdzona. nowe bikini niezbędne.

mail przyszedł z gigsandtours. już nawet zaczęłam je bez czytania usuwać, bo niczego się już nie spodziewałam. a tu klops. Nicholas Edward się tak rozkręcił z kumplami, że 5-cio koncertowa trasa jesienna na wyspie znowu. :) a że w trójkę została złożona przysięga, że nie ma że nie ma, więc Manchester w listopadzie znowu doświadczy moich fioletowych martensów. Jupijajej!!! już jesteśmy umówione z Magdą.

Seth Lakeman jednak trochę boli i przesadza z ceną, a u mnie teraz dzwonią centy. Więc chyba jednak nie będzie fidlu-didlu.

Zaczęłam tęsknić za Nancy dzisiaj. Chyba nadszedł czas rozpoczęcia 4tego sezonu palenia trawy z moją imienniczką.

Dziś też wyjechałam z Elizabeth do Indii. Bardzo się z tego cieszę.

aaaaa, no i jeszcze jedna muzyczna wieść: Boski Bri back in the studio :D

2 Responses to “love is noise”

  1. Marta Says:

    muszę przyznać że to nawet ciekawe miejsce będę wpadać częściej a co do pracy to lepiej ją mieć chociażby taką jakiej się nie lubi bo ja aktualnie cierpię na brak jakiejkolwiek Pozdrawiam;)

  2. Madzik Says:

    Tej a po ile bilety na N. Edwarda C. latają?
    Poza tym coś z tym twoim blogiem kochana jest dziwnego- w sensie technicznym…


Leave a Reply