tree spirits, minotaurs and dwarves.
21 sierpień 2008
boshe, no nareszcie. czasem już mi się wydaje, jestem niemalże pewna, wiem czego chcę, a potem znowu się pałętam jak wrzeciono i wymyślam, kombinuję, przeginam, naginam, kręcę się w koło macieju i wiercę. czasem, tak niewiele trzeba, żeby człowiekowi koncept rozwalić na drobne.
Keepsake mnie dziś ściga, jakoś tak wyszło, że jest chyba na każdej liście jaką mam, w różnych miejscach, w różnych nastrojach. To jednak znów good ol’ Dicky (jak został nazwany w jakiejś muzycznej prasie którą ostatnio czytałam) przyszedł mi na ratunek gdy stałam w jednej z dwóch beznadziejnych kolejek w instytucyjnym budynku poczty miejskiej. Kocham listy. Kocham pocztówki. Kocham pocztowe przesyłki, prezenty, paczuszki, kolorowe koperty, znaczki. Nadal ma conajmniej trzy klasery znaczków, które zbierałam w podstawówce, nadal mam dwa pudełka po butach moich ulubionych pocztówek i kartek, nadal mam pełną szufladę starych listów z tych dobrych czasów przyjaźni korespondencyjnych. Nie wyrzucę żadnego z tych zbiorów, nie potnę, nie spalę. Dlaczego więc codzienność sprawia, że w mojej głowie między konceptem POCZTY a konceptem PIEKŁA istnieje znak równości? Godzinna przerwa na lunch nie starcza by w dłuższej z tych dwóch kolejek postać i doczekać się na swoją kolej przy okienku. Rysiek uspokajał mnie jak mógł, rise into the light, ponad tą kolejkę… niestety, lot miałam bardzo niski, skrzydła podcięto mi w kolejnej instytucji, tym razem bankowej, tym razem personalnie zza plastikowego okienka, uświadamiając mi brak możliwości szybkiego i bezbolesnego załatwienia swoich spraw.
Na świecie, każdym świecie zawsze będą dwie rzeczy powodujące wojny międzyludzkie: władza i miłość. Władza zawsze wiąże się z pieniędzmi, z materialnymi własnościami. Jednakże jakoś wierzę, że dużo mniej zfrustrowana czułabym się posiadając własne gołębie pocztowe, którym mogę powierzyć swoje zwinięte w wąskie rurki listy. Dużo bardziej ufałabym poczcie konnej. Dużo wygodniej byłoby mi zapłacić za czynsz dukatami ze skórzanej sakwy przypiętej do pasa. I dużo szybciej i łatwiej dogadałabym się z bobrem czy faunem niż z panią zza szklanej szybki. Przeżyłabym nawet bez rakotwórczej komórki, smsy można równie dobrze wyszeptać drzewom, one prześlą wszystko wiatrem, na czas i do właściwego odbiorcy.
CS Lewis, Tove Jansson, Ch Andersen, J&W Grimm, A Sapkowski zamiast Royal Mail, Nokia, Royal Bank of Scotland, i Primark również. Raz. Poproszę.
Match your black heart to your lips, throw stars in your eyes, control the seasons and walk on clouds.
Ja od dwóch dni maluję tęczę na powiekach.
