cue to your face so forsaken
25 sierpień 2008
czuję jak ucieka kwintesencja lata…
mój ulubiony miesiąc się kurczy, a spędzam go w mieście… i to nie tym, z którym bym chciała sierpień dzielić.
Kiss me on the forehead to protect me from harm. Don’t go on your own to the seaside. Don’t pretend you don’t have a second to answer my screams. Though I’m only whispering.
I’ve got points of icicles
Piercing into me and I miss your warmth
And the sound of your voice
Like apples tumbling from a wild and windy tree
My body aches for you, and shakes for you
And sways for you
And dances with your little woman body
Long into the evening
…
to leave it behind
25 sierpień 2008
Nie zawsze warto mieć wszystko zaplanowane, szczególnie jeśli jest to spędzanie wolnego sobotniego wieczoru ze znajomymi. Nigdy nie warto dusić w sobie przedawnionych a ciągle aktualnych ran. Siniaki i blizny znikają zazwyczaj po dłuższym czasie, czasem już nawet nie widać, ale nadal są. Tak też jak wszystko wychodzi na zewnątrz, wypływa dosłownie – to już nie ma ratunku, a potem The Forest jest najniebezpieczniejszą dzielnicą w Notts, rodacy zza południowych granic są zażenowani, a Chińczycy boją się wyjść z pokoju na nocną wycieczkę do łazienki. Epicentrum trzęsienia: mój pokój. Zaraz obok tej łazienki. Ech.. Już wszystko dobrze. Staram się zakończyć to zdanie kropką, znak zapytania się waha, nie wie czy ma być postawiony.
Jest koniec sierpnia, wakacje już same nie wiedzą czy nadal są czy już ich nie ma, jesień też nie może się zdecydować, a w moim pokoju gorąco jak w tropikach. Zupełnie nie uczestniczę w 3-dniowym weekendowym rytuale pijaństwa z Bank Holiday Monday w roli głównej, który kultywuje tutejsza ludność i niezmiernie mnie to cieszy. Radość tym większą odczuję (tak podejrzewam) gdy w poniedziałkowy wtorek tu i tam usłyszę przenudne opowieści, kto gdzie z kim i ile razy się przewrócił, porzygał czy stracił przytomność. A kogo dziś tylko boli głowa i mięśnie. Nie rozumiem tego, jak bardzo można umieć doprowadzać się do beznadziejności, samemu, z własnej woli, bez przymuszania. I traktować to jako najlepszą rozrywkę. żenada.
Brakuje mi dzielenia codzienności z Kimś. Wspólnego śniadania (w moim tempie żółwiowym), wspólnego serialu, wspólnego wyprowadzania psa, wspólnego jechania na rowerze bez hamulców, wspólnych puzzli które można układać na podłodze, wspólnego włóczenia się i zachwycania się nigdy-nie-poznaną-wcześniej uliczką, murem, bluszczem na obcym domu. Nie znam jeszcze takich rzeczy jak wspólna motywacja, wspólne dawanie sobie czasu na osobne obowiązki i prace, wspólne dzielenie się efektami tych prac i zadań, nie znam tak do końca dzielenia się wspólnym zmęczeniem po dobrze wykorzystanym dniu, nie znam za bardzo uczucia komfortu przy wspólnym zasypianiu, zbyt rzadko miało to miejsce, zbyt mocno było to wydzieraniem momentów, szarpaniem ich by tylko były ważne i niepowtarzalne, szczególne.
Tęsknię za wspólną normalną codziennością. Tęsknię za Kanadą.
I wspólnym słuchaniem Pływaków. Ciągle słucham ich sama.
Rozwiesiłam dziś zdjęcia. Pomogło. Wielki Czarny Nos Klumpcia, świętej pamięci słonie, wiosłowanie, wrzody, urodzinowy zgnieciuszkowy buziak mojego ukochanego rodzeństwa, Zapata, Tusik na aninkowym fotelu vintage, i the perfect smile of Mr. Mills. Pomaga.

a teraz sen. And you always looked so happy when you were sleeping
Sleep is the only way sometimes
To live in a perfect world


