pies szamana

27 sierpień 2008

Prosto z mojego lunchu o 2pm, czasu brytyjskiego, który spędzałam z Elizabeth, łapiąc samolot z Indii około czwartej rano, w drodze na Bali:

(…) Oczywiście innym celem religii jest nadanie sensu naszemu nieuporządkowanemu światu i wyjaśnienie niezrozumiałych spraw, codziennie rozgrywających się na naszych oczach: niewinni cierpią, podli są wynagradzani… jak mamy to rozumieć? Tradycja Zachodu głosi: “To wszystko zostanie uregulowane po śmierci, w niebie i w piekle”. (Wszelka sprawiedliwość będzie wymierzona przez kogoś, kogo James Joyce nazywa Bogiem Katem… który z wyżyn swojego tronu sądzi z ojcowską surowością, karząc zło i nagradzając dobro.) Na Wschodzie natomiast upaniszady z lekceważeniem traktują wszelkie wysiłki zrozumienia chaosu naszego świata. Nie są nawet pewne, że świat rzeczywiście jest chaotyczny, zauważają natomiast, że TAKI MOŻE NAM SIĘ TYLKO WYDAWAĆ Z POWODU NASZYCH OGRANICZONYCH MOŻLIWOŚCI WIDZENIA. Teksty te nie obiecują nikomu sprawiedliwości, ani pomsty, choć mówią, że każde działanie niesie za sobą konsekwencje… należy więc postępować rozsądnie. Te konsekwencje nie muszą pojawić się szybko. (…) Co więcej, upaniszady dają do zrozumienia, że ten tak zwany chaos może mieć w rzeczywistości boską funkcję, nawet jeśli tego nie możemy zauważyć: “Bogowie gustują w zagadkach, a nie lubią oczywistości’. Zatem najlepsze, co możemy zrobić w zderzeniu z niezrozumiałym i niebezpiecznym światem, to ćwiczyć równowagę w e w n ę t r z n ą… nieważne, jakie szaleństwo nas otacza.

I jeszcze jedno, koncept, który mnie totalnie zachwycił (szczególnie wzniosłe uczucie, iż doświadczone w primarkowej kantynie dla pogrzebowych pracowników):

Indianie Hopi wierzyli, że każda religia świata posiada jedną duchową nić i te nici nieustannie się wzajemnie szukają, żeby się połączyć. A kiedy już w końcu wszystkie zostaną ze sobą splecione, utworzą powróz, który wyciągnie nas z tego mrocznego cyklu historii w inną sferę.

Ta książka, jak kapok, ratuje i pozwala mi pamiętać w pracy, że nie stoczyłam się na dno społeczne. Jem kanapkę, chichoczę sobie pod nosem czytając, i najprawdopodobniej należę do grona 2-3 osób, spośród około 100 dziennie, których wzrok ani linie papilarne nie postaną na brytyjskich brukowcach, które zaśmiecają każdy stół w wyżej wspomnianej kantynie.

Mam coś takiego, [Gosia mówi, że to próżność inteligencka] że jak czytam dobrą książkę w tłumaczeniu, to natychmiast mam potrzebę zakupienia oryginału i ponownej lektury, już po angielsku. Chyba jedyny przypadek kiedy tak się nie zdarzyło ani przez sekundę, to Moby Dick – wymęczony we wszystkich możliwych pozycjach na kanapach, fotelu, kocach i trawie zielątkowskiej. Tym samym, czeka na mnie Waterland, którym zachwycałam się po polsku jeszcze na WueSJotO (tak było szybciej, żeby się przygotować na zajęcia). Nie zapomnę tych naprawdę zachwycających opisów życia godowego węgorzy.

Liz jest już na Bali. I zaczyna uczyć wiekowego balijskiego szamana Ketuta Liyera poprawnej angielszczyzny (‘nie jestem juz taki przystojny, straciłem sporo zębów. może kiedyś pójdę do dentysta, wstawię nowe zęby. ale za bardzo boję się dentysta’.)

Dziś nie byłoby słońca, gdyby nie ramiona Jona.