piątkowy wieczór. ciepły, wreszcie. miły, angielski wieczór w obcym mieście, po miłej niezbyt długiej podróży pociągiem. wszystko co miłe. miły hotel z mini pokoikiem z wieeelkim łóżkiem. przemile idealnym materacem…
glee club. może z 150 osób max. zero ograniczeń. twarzą w twarz z muzyką.
najpierw, na pierwszy ogień: Sharon Van Etten. Niesamowicie nieprzekonana do wielkości swojego głosu urocza istota. Wspaniale śpiewała.
Deser główny był jak z nieba. Z Toronto, ściśle mówiąc. Może to tam? I cały czas: to będzie nasza ostatnia piosenka, bardzo dziękujemy, papapa. I wracają po 4 minutach, chyba że macie jeszcze czas na kilka kawałków? I potem znowu to samo. I powrót z tekstem: Erik mówi, że teraz muszę dać jakąś solówkę. Są wielcy.

Tony podpisał mój plakat, i narysował mi gitarę. Miał mocny, ciepły uścisk dłoni. <nadal omdlewam>

1 comment
Comments feed for this article
7 czerwiec 2009 @ 9:16
giera
pewnie ciepło ci się zrobiło.