discoveries

23 czerwiec 2009

Czasami spędza się dwie godziny u fryzjera, z czego 3/4 czasu, chcąc nie chcąc, na przeglądaniu magazynów, które powiedzą Ci wszystko co chciałbyś wiedzieć o Girls Aloud, o tym jakie dresy nosi teraz Peter Andre i czy Kate Moss jest nadal tak chuda jak w zeszłym tygodniu. Recenzje płyt, zadziwiająco obecne, ograniczają się do składanki z Eurowizji i nowego singla pani Spears B. Efekt takiego posiedzenia: brain damage, i okupiony tą lekturą, nowy czerwony na głowie. Wczoraj mi się podobał, dzisiaj już nie.

Czasami otwiera się książkę z ciekawością i apetytem na nowy artykuł, a potem – już po wstępie – okazuje się, że to plagiat twojej własnej – jeszcze nie-zmaterializowanej – pracy magisterskiej. W pewnym starym polskim teleszole w takiej sytuacji padał irytujący dźwięk ZONG!!

Czasami człowiek musi zweryfikować własne pomysły i powykręcać ptasi móżdżek, żeby było jeszcze mądrzej. A przynajmniej oryginalnie, a nie plagiaciarsko – wtórnie.

Czasami dowiaduje się, że jedna strona dla tłumacza w Polsce równa się 80 zł. I tak tłumacz zarabia na bułkę z jogurtem. Pyta się, po co studiuje mediewialistykę, jak mogłaby już tłumaczyć od lichych dwóch lat?

W sklepie dotykam nowego pudełka z napisem placebo (wygląda jak zaćmienie słońca), po chwili delikatnie odkładam. It’s not the right time yet.

Leave a Reply