You are currently browsing the category archive for the 'Moving Pictures' category.

rozwodnić sobie stopy w oceanie spokoju

… friday night there’s always a saturday morning. and these are the BEST!!

so much present inside my present

my sweet prince is back. yumm. yumm.

a za 2 dni przeprowadzka !!! :) ))) i cannot wait ….

Zamarzam. Anglia już na dobre pożegnała się z utopijną beztroską chodzenia w japonkach, teraz wszyscy noszą obrzydliwe klasyczne brązowe UGGsy, i ich tanie podróby. Po totalnie szurniętym tygodniu na Majorce, po tygodniu z międzylądowaniem back in UK trzeba dodać, powoli – tak, dopiero teraz – wracam do siebie, tzn. do studencko-roboczej rzeczywistości. Gorzej mi się myśli jak mam zamarznięte stopy.

Przyszły tydzień, a tym samym nowy miesiąc, rozpocznie się 2-dniową wycieczką do Lake District. Szczerze mówiąc, był to głowny powód zapisania się na moduł o świecie Wikingów. Teraz tylko wiąże się to z intensywnym researchem po Kumbryjskich hogbackach, crossach i nudnych historycznych księgach.

Tyle małych i większych wspomnień i historyjek z Majorki, tyle wielkich zmian i nowej rzeczywistości po powrocie z tych październikowych wakacji.. Chciałabym raz usiąść i to jakoś zebrać razem, żeby zostało, żeby się podzielić, ale za każdym razem gdy to planuję, w momencie odpowiednim do podjęcia akcji – wszystko mi mija, i te chęci i ten zapał. God knows why.

Nic. Tyle. Sen. Dodam jeszcze tylko, że moja wiara w kino horrorowe [?] zostaje regularnie podbudowywana przez ostatnie produkcje. Wiadomo, zawsze są schematy, zawsze trochę za dużo realizmu albo efektów specjalnych, albo zbyt nieprawdopodobne, albo zbyt prawdziwe. Ale po zobaczeniu The Strangers, i po dzisiejszym seansie Mirrors (ach, ten Kiefer, ta figura, ta troska na czole) muszę przyznać, że oba filmy przez prawie cały czas ich trwania wywoływały dawno zapomniane uczucie niekomfortowego strachu. Takiego, że jest on aż fizyczny, i masz ochotę go wyrwać ze swojego ciała. Dziś niektóre sceny oglądałam przez dziurki zielonego swetra. Dreszcze na nogach miałam jeszcze po wyjściu z kina. I choć sceptycy i rozumni stwierdzą, że to tylko gore i bzdury, to kurna chata, ja się bałam. Chińskiego małego chłopca nadal mogę zobaczyć wszędzie jak o tym myślę. Brrrrr….

Teraz to już naprawdę idę spać. Szybko!!

Cytując za Imdb:

When asked, “Why Heath Ledger as the Joker?” Christopher Nolan said, “Because he’s fearless.”

Nic dodać, nic ując, te słowa reżysera dobrze oddają moje wrażenie. Czytając prawie wszystko, co zostało napisane i opublikowane oficjalnie w internecie po śmierci Ledgera, w pamięć zapadła mi notka na temat opinii Jacka Nicholsona na temat nowego Jokera, jakoby rzekomo był oburzony, że jemu Nolan nie zaproponował tej roli ponownie… potem widziałam też wywiad z Nicholsonem i Morganem Freemanem, gdzie jakiś żałosny reporter pyta panów o Heath’a i opinię o tym, co się stało.. tak jakby to miało jakiekolwiek znaczenie, co myśli były Joker o nowym, jak i tak nic a nic nie zmieni faktu, że on już nie zagra w żadnym filmie, nie będzie uczestniczył w żadnym hollywoodzkim skandalu, nie nagra żadnego audiobook’a, nie wychowa swojej córeczki… Tiaa, to tylko aktor, to tylko ktoś kto zawsze pozostałby tylko po drugiej stronie szklanego ekranu, to zawsze byłby w gruncie rzeczy nie Heath, tylko Conor, Patrick Verona, Jimmy, Sir William, Dan… A jakoś to wszystko nie zmienia też tego, że doskonale wiem, że 22 stycznia tego roku odczułam dokładnie tą samą emocję, co dziewczyny w moim wieku w 1955 na wieść o Jamesie. Jestem stuprocentowo przekonana, że to były identyczne odczucia. Nie wiem jak bardzo absurdalne może wydawać się przeżywanie odejścia kogoś obcego, kogoś na czyje spotkanie nie ma najmniejszej szansy, kogoś wręcz nierealnego w dodatku, bo wyidealizowanego w myślach, przez obrazy i dźwięki. Ale nawet jeśli absurdalne, to prawdziwe. Odkrywam z zaskoczeniem, że to nie tylko 2 filmy z nim, których jeszcze nie widziałam, ale 5. Nie licząc oczywiście Doctora Parnassusa, gdzie Tony’ego – po Heath’cie i oprócz niego – zagrają John Depp, Colin Farell i po-jeżynowa sensacja Jude..

A sam Mroczny Rycerz? Wybełkotany. Długi. Wybuchowy. Niewątpliwie mroczny. Wybełkotany nie tylko przez normalnie szumny akcent i seplenienie Bale’a (swoją drogą uroczego jak zwykle, ach te włosy na tym ach motorze), co przez modyfikację maskową głosu Batmana – to trzeba samemu usłyszeć. Plus niesamowicie atrakcyjny dla ucha londyński akcent Michael’a Caine’a. Ci dwaj, plus HL ofkors. Cała reszta obsady – gdyby zmieniona, nie wniosłaby różnicy. Maggie, siostra uroczego Jake’a, nadaje się tylko do dramatów obyczajowych, nie filmów sensacyjnych, tyczy się to i jej specyficznej urody i jej so called aktorstwa. Choć 2,5 godziny w kinie dają w kość (ogonową w szczególności) i w pęcherz, to warto. Choć, jeśli ktoś nigdy wcześniej nie poznał Bruce’a Wayne’a w jakimkolwiek ze swoich wcieleń, może lepiej niech się nie wysila na zrozumienie polityki Gotham CIty. Końcówka sugeruje – uwaga, spoiler! – że kontynuacji już nie będzie. Batman wyjeżdża na Bahamy i znika z życia publicznego, bez Maggie i na szczęście również bez Kaśki Holmes/Cruise. I niech tam już w spokoju wypoczywa, amen.

A tu znowu bezsenność na tapecie.. jutro początek tego wielkiego planu? oszczędzanie, nauka, konstruktywność, kultura w wielkich dawkach.. plus siłownia. plus salsa (?). plus proste włosy a’la Rachel Green.

Póki co, plan zakłada, że moja herbaciarnia będzie w Berlinie, a gorące napoje będą serwowane każdemu w innym kubku. Nie będzie dwóch takich samych. Lubię ten plan.